In mysl

Ta Pani z kosą...



Ostatni tydzień wiele nasz kosztował, zdrowia, nerwów, nieprzespanych nocy. Nadmiar zmęczenia mieszał się z silnymi emocjami... a wszystko zaczęło się od choroby Lu. Męczący, katar, gorączka, nieustający kaszel i rozpacz, prawdopodobnie spowodowana pójściem do żłobka. Niestety często nieuniknione, nieprzepracowane i nie jest się na to gotowym. Trzeba przetrzymać, trzeba wytrwać, aż do kolejnej choroby...


Za Lu w kolejce do chorowania ustawiła się Ba, więc w domu zrobił się mały szpital, a miedzy, wycieraniem nosa, podawaniem leków itp, Ma latała i załatwiała papierologię urzędowa, która chyba nigdy się nie skończy, bo te przemiłe Panie zawsze jeszcze coś znajdą, bądź czegoś będą chciały dodatkowo, a co nie będzie tak łatwo...


Ale i na to człowiek jest przygotowany i wie, że musi, nikt za niego tego nie zrobi, więc się robi, biega, gania, walczy z samym sobą, bo czasem się po prostu nie chce...Na wszelkie sprawy życia codziennego, w mniejszym, bądź większym stopniu jesteśmy przygotowani, potrafimy stawić czoła problemom, podnieść się po upadkach i biec dalej.


Jednak nie wszystko ( nie w moim przypadku ) mamy zaplanowane, wiemy co z czym, gdzie, kiedy pojawia się taka wiadomość, niespodziewanie, bądź wiesz, że może to nastąpić i czujesz, że jesteś gotowy się z nią zmierzyć, nagle rozpadasz się na małe emocjonalnie rozdarte kawałki... niestety ostatnia wiadomość zeszłego tygodnia, nie była pozytywna, nocny telefon ze szpitala, przeważnie oznacza tylko jedno...


Niby człowiek, ciągle słyszy, że ktoś odchodzi, przecież to nasza codzienność, norma, standard wiadomości napływających z mediów...ale gdy zdarzenie choć w małym stopniu dotyczy nas... świat się zatrzymuje, gotowi na to?, a gdzie...i człowiek myśli, jak to , dlaczego...

ale na te pytania już odpowiedzi nie znajdzie...


Leżąc w łóżku, totalnie rozbita... myślałam, po co my tak gonimy, ścigamy się z nią, z panią z kosą w dłoni?...Z nią się nie wygra, przychodzi, robi swoje i idzie dalej... a Ty zostajesz sam... 


Często myślę, że ile jeszcze trzeba się rozsypać, żeby tak nie bolało i chyba za każdym razem sypiemy się mocniej i więcej, mózg sobie jakoś to tłumaczy, a serce? ten ból?... czy ono tak szybko sobie z tym poradzi...


Ten ból, bezradność, brak możliwości zadziałania zrobienie czegokolwiek, chyba jeszcze bardziej kruszy te małe kawałeczki w drobny mak...
Czasem myśli krążą wokół jednego, wolę ja szybciej, ja pierwsza, nie chce przechodzić przez to jeszcze tyle razy, to nie na moje siły, wiem że za każdym razem ból będzie silny, bardzo silny, choć wiemy że to nieuniknione...

niestety Ma silna jest, ale krucha jak lód w obliczu pani z kosą...przyznaje...


Zobacz również

2 komentarze:

  1. Zauważyłam, że odkąd jestem matką zrobiłam się bardziej czuła na ludzką krzywdę, a co dopiero na wieść o czyjejś śmierci. Doskonale Cię rozumiem co czujesz. Niestety ja od maleńkiego jestem otaczana Panią z kosą, ciągle ktoś odchodził, ktoś kogo kochałam, lubiłam. Gdy urodziłam Lenkę bałam się o nią, po głowie chodziły czarne myśli, widząc ją podłączoną do tlenu... Niestety to najgorsze czego człowiek obawia się całe życie. Gdy przeżyjesz już wszystko możesz odejść spokojnie, ale gdy wiesz że życie dla Ciebie czy kogoś innego dopiero się zaczęło to jest to okrutne i straszne, że ktoś to życie odbiera...

    OdpowiedzUsuń
  2. niestety nieuniknione i nie da się zaplanować ... zostaje czekać i zbierać siły...
    A

    OdpowiedzUsuń

Jak masz ochotę pozostaw nam coś od siebie:)